Wojownicy do końca
„Jest dobrze. Mama się śmieje, że to moje ulubione
powiedzonko: „jest dobrze”. Kto mnie pyta, jak się czuję, zawsze słyszy, że
dobrze. Bo ja się naprawdę dobrze czuję. A kiedy czułem się rzeczywiście źle,
to był ze mną mały kontakt, więc powiedzieć nie mogłem.”
Mały racjonalista a może chłopiec, który nie traci
nadziei i radości z tego powodu, że żyje? Chcę Was zachęcić do sięgnięcia po
książkę „Kochają mnie jak szaleni. Prawdziwa historia Jureczka”, którą napisała
Brygida Grysiak. Myślę, że każdy z Was znajdzie w niej coś dla siebie a przede
wszystkim może odkryć na nowo wiarę w cuda. Cuda, które dokonują się na naszych
oczach a my tak często nie potrafimy ich dostrzec lub nie chcemy ich dostrzegać.
Autorka w genialny sposób opowiada nam autentyczną historię Jureczka,
5-letniego chłopca. Postanowiła przyjrzeć się tej historii oczyma dziecka. Dlaczego?
Jak sama pisze we wstępie: „Bo może zobaczy więcej, zrozumie więcej”.
Chociaż kilka słów dalej dodaje, że przecież „rozumieć wszystkiego nie
musi”.
Ta książka to niesamowita historia rodziny Jurka i jego
samego. „Szalonych z miłości rodziców, czterech sióstr i dwóch braci, babć i
dziadków, a do tego cioć, które okazywały się aniołami i przyjaciół, którzy w
najtrudniejszych chwilach codziennie wieszali torby z zapakowanym ciepłym
obiadem na płocie. Czyste szaleństwo. Czysta Miłość.
To jest o tym, kiedy z rodzinnego życia znika normalność.
Kiedy pojawia się choroba, cierpienie i czekanie na śmierć.”
Oczywiście wzięłam ją do ręki z oczekiwaniami jak i
wyobrażeniami, co w niej znajdę. Jednak i tym razem wszystko się rozmyło, bo
okazało się, że mam w ręku książkę, która daje niesamowitą nadzieję. Nadzieję,
że nawet jeśli jest trudno, nawet jeśli tak po ludzku sytuacja jest
beznadziejna to życie może nas bardzo zaskoczyć.

Małemu Jureczkowi zdiagnozowano glejaka 4 stopnia i
wodogłowie. Straszna diagnoza. Czyli nie można już nic zrobić. Jednak rodzina
się nie poddaje, pomimo, że lekarze rozkładają ręce. Najważniejsze jest to, że rodzina
chłopca przyjmuje każdą kolejną diagnozę, każdy pobyt w szpitalu jako coś, co
jest normalne w zaistniałej sytuacji. Wokół rodziny i Jurka zbierają się
przyjaciele, rodzina. Wszyscy chcą im pomóc. Wiele osób się modli za nich, bo
mama chłopca, podczas każdego pobytu dziecka w szpitalu rozsyła SMS-y z prośbą
o modlitwę. Nie jest nawet świadoma, ile osób się modli i pewnie nie wszystkich
zna. Myślę, że ważne jest to byśmy umieli prosić o pomoc, nawet jeśli jest to
wysłanie SMS-a z prośbą o modlitwę, bo naprawdę siła modlitwy wspólnotowej jest
wielka a jednocześnie dajemy szansę innym by zrobili coś dobrego. To zauważył
sam Jurek: „Tyle dobra się działo, kiedy ja sobie tam w szpitalu leżałem, a
potem w domu. Okay. Nie leżałem tam z lenistwa, tylko byłem bardzo chory,
chodzi mi o to, że przy tej mojej chorobie, a potem umieraniu, które w końcu
nie doszło do skutku, tylu ludzi zrobiło coś dobrego”.
Bardzo często zastanawiamy się jak pomóc rodzinie, w
której rodzi się dziecko chore lub z chorobą, która skończy się śmiercią?
Przede wszystkim modlitwa a następnie czyn. Potrzeba zwykłej ludzkiej
życzliwości, wrażliwości i gestów przepełnionych miłością. To właśnie poprzez
Miłość Bóg dotyka nas i innych. To właśnie my, poprzez nasze dobre czyny,
stajemy się narzędziami w Jego rękach.
Nie bójmy się też rozmawiać o śmierci, jeśli wiemy, że
już nic innego nie można zrobić. To ważne, aby pomóc innym w przygotowaniu na
to, co nieuniknione. Jest to bardzo trudne, ale nie możemy uciekać od tego
tematu. Tutaj rodzina Jurka miała wsparcie z hospicjum domowego i wszelkie
rozmowy o śmierci były trudne, ale też bardzo potrzebne. Trzeba nam się modlić,
bo to jest normalne, że prosi się Boga o pomoc, o reakcję, ale też musimy
nauczyć się przyjmować to, co się dzieje, kiedy wszystko zmierza ku śmierci.

Tato Jurka stwierdził, że diagnozę, którą poznali 1
kwietnia na prima aprilis, była diagnozą prima aprilisową, bo kilka lat później
inni lekarze wykluczyli glejaka. Stwierdzili, że to była błędna diagnoza, ale z
pewnością cierpi on na rzadką chorobę, ale nie jest to glejak.
Chłopiec bardzo wiele wycierpiał. To widzieli wszyscy
wokół niego, ale po każdym ataku bólu i złego samopoczucia stawał się dzieckiem
radosnym, uśmiechniętym z pięknymi niebieskimi oczyma.
Pytanie, które we mnie się zrodziło po przeczytaniu tej
książki: pomyłka w diagnozie, czy raczej CUD? Lekarze twierdzą, że zależy jak
się na to popatrzy. Myślę, że nam łatwiej i lepiej jest wierzyć w to, że dzięki
modlitwie tak wielu ludzi na całym świecie, Jurek żyje i wykluczono, że ma
glejaka.
„Życie bez Boga to prawdziwy dramat według mojej Mamy.
Z Bogiem jest miłość, która jest silniejsza niż umieranie…” To właśnie ta
wiara i głęboka relacja z Bogiem pomogły tej rodzinie i dały siłę, by zawalczyć
o życie Jurka a jednocześnie wszystko zostawić w całkowitym zaufaniu samemu
Bogu. Pan Bóg kocha wszystkich bez wyjątku a myślę, że najbardziej kocha chore
dzieci, o ile można w ten sposób powiedzieć, bo przecież kocha wszystkich tą
samą bezwarunkową Miłością. Jednak któż nie kochałby dzieci? Kto nie chciałby
pomóc choremu dziecku?
A dlaczego zdecydowałam się na taki tytuł art.: Wojownicy
do końca? Bo jak przeczytałam w książce: „Patrzcie na mnie. Mózg mój nie
odrośnie, ale tak się zorganizuje, żeby było dobrze, tzn., te nieuszkodzone
części mózgu mogą zastąpić te uszkodzone i wycięte. Bo poza wszystkim innym
dzieci chore mają ogromną wolę życia. I walki. Czyli jesteśmy wojownikami do
końca. Bo dzieci albo cierpią bardzo, bo są już ciężko chore, albo – jeżeli
już się im pomoże i głowa przestanie boleć – biegają po oddziale, śmieją się,
żyją na całego”.
Życzę każdemu z Was i sobie abyśmy zawsze byli
wojownikami do końca i nigdy się nie poddawali, nawet jeśli w naszym życiu
pojawią się sytuacje trudne do przyjęcia. Pamiętajcie, że mamy wsparcie w
wierze i Pan Bóg pomoże nam przejść najtrudniejsze chwile, jeśli tylko Go o to
poprosimy.
Komentarze
Prześlij komentarz